fbpx

Adam Van Bendler

przez Pets Style
0 Komentarz

Sceniczny wulkan energii rozbawiający publikę do czerwoności – tak Adam van Bendler prezentuje się widzom podczas swoich stand-upów. A jaki jest prywatnie? To emanujący ciepłem i pozytywną energią miłośnik i obrońca zwierząt, założyciel i pomysłodawca Fundacji Psia Krew.

Adamie, jest nam niezmiernie miło gościć Cię na łamach magazynu Pets Style. Chciałabym zacząć naszą rozmo­wę od Twojego dzieciństwa: jakim byłeś dzieckiem? Bo można się domyślać, że rodzice nie mieli z Tobą łatwo.

Zgadza się, byłem małym urwisem. Wszędzie mnie było pełno. Pierwszy na drzewie i ostatni w ławce. Mimo wszystko przeżyłem wszystkie upadki, a szkoły kończyłem bez żadnych problemów. Rodzice mogą być dzisiaj dumni. I ja też jestem z nich dumny.

Pamiętasz sytuację, która rozwścieczyła nauczyciela do czerwoności, a kolegów rozbawiła do łez?

Tak. Na lekcji angielskiego w szkole średniej. Absurd w czystej postaci. Wszedłem spóźniony do klasy w kurtce i w czapce. I dostałem jedynkę do dziennika. Tak po prostu. Bez ostrzeżenia. Drugą za to, że kilka sekund później zadzwonił mi w kieszeni telefon. Próbując go wyciszyć, powiedziałem pod nosem „nosz ja pier***ę”… i za to wleciała trzecia.

Ksywka „van” pochodzi od Twojego pierwszego samochodu. Możesz nam opowiedzieć historię białego seicento?

W wieku 16 lat wyprowadziłem się z rodzicami 20 kilome­trów za miasto. Nie miałem prawa jazdy, więc przez długi czas jeździłem nim nielegalnie. Służył mi za sypialnię po imprezach w centrum i był moim jedynym rozwiązaniem, żeby dojechać do domu po 21:00, kiedy odjeżdżał ostatni autobus. Miło wspo­minam ten czas. Nie było w nim tylnych foteli, więc mogłem jak człowiek przespać się dumnie z tyłu w pozycji embrional­nej. Nikt mnie nie mógł zobaczyć, bo z tyłu były przyciemnione szyby. (śmiech)


Studiowałeś prawo i administrację, jednak stwier­dziłeś, że to nie Twoja bajka. Czy nie żałujesz swojej decyzji z perspektywy czasu?

To była najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć. Dzięki temu zaoszczędziłem kupę czasu, żeby później zmarnować go w Norwegii. Wystarczy, że wcześniej poświęciłem rok, chodząc do technikum ekonomicznego o specjalizacji księgo­wość. Wtedy już wiedziałem, że nie ma szans, żebym komukol­wiek kiedykolwiek sprawdził PIT.

Jak mówiłeś w jednym z wywiadów, najpierw robisz, potem myślisz. Czy były sytuacje, w których żałowałeś, że kolejność nie jest odwrotna?

Chociażby gdy poszedłem do technikum i później okazało się, że poza normalnymi przedmiotami jest jeszcze mnóstwo zawo­dowych, a każdy z nich interesował mnie jak wyniki hokejowej drugiej ligi w Peru. Niestety, wcześniej nie wiedziałem, że zosta­nę komikiem. Widocznie tak miało być.

Gdybyś mógł spotkać się z jakąś sławną osobą, by porozmawiać o jej sukcesach, porażkach, życiu, to kto by to był?

Zdecydowanie Zinédine Zidane. Przypadek tego piłkarza pokazuje nam, jak w jednym momencie z piłkarskiego boga można stać się śmiertelnikiem. Zidane był wielkim przy­wódcą na boisku i niesamowitym technikiem. Spokojnym i pracowitym człowiekiem. Ale w swoim ostatnim, pożegnal­nym meczu, czyli finale Mistrzostw Świata w 2006 roku, dał się sprowokować Włochowi z drużyny przeciwnej. Puściły mu nerwy i doszło do jednego z najbardziej spektakularnych fauli w historii futbolu. Zamiast pucharu świata zobaczył czerwoną kartkę, a jego zespół przegrał z Włochami w rzutach karnych. Jego historia jest piękną przestrogą i ważną lekcją dla nas wszystkich. Można mieć wspaniałą karierę zawodową, a przez mały błąd i tak odejść w niesławie.

Od paru lat jesteś wegetarianinem. Czy zmiana nawyków żywieniowych była procesem, czy decyzję podjąłeś z dnia na dzień?

Nie jem mięsa od dwóch lat. Po pierwsze zadecydowały o tym względy ideologiczne, które dojrzewały we mnie już od dawna. Przy okazji polecam obejrzeć film „Earthlings”, który rozwieje wszelkie wątpliwości, jeśli ktoś jeszcze je ma, ile jesteśmy winni naszym futrzastym przyjaciołom. Po drugie w trasach większość komików odżywia się kiepsko. Jest to żarcie najczęściej na stacjach benzynowych i w fast foodach. Po kilku latach takich maratonów fizycznie czułem się fatalnie, a mój brzuch uwypuklał się już nawet, kiedy leżałem. Za namową koleżanki podjąłem się wyzwania i z dnia na dzień odstawiłem całkowicie mięso oraz zaprzestałem jedzenia po 21:00. Przez pierwsze kilka dni chodziłem wściekły i wyży­wałem się na moim biednym managerze. A później czułem się już tylko lepiej i lepiej. Na tę chwilę nie widzę powrotu do jedzenia mięsa.


Która kuchnia ma w swoim zanadrzu najwięcej dań dla wegetarian?

Szczerze? Nie wiem. Najczęściej wybieram włoskie dania, a od wielkiego dzwonu chadzam do azjatyckich restauracji. Nie gotuję w domu nic poza wodą i kanapkami. Mam tutaj, w Gdyni, tyle wspaniałych knajp, zwłaszcza na Świętojańskiej, że grzechem byłoby ich nie odwiedzać.

Powiedziałeś, że nie gotujesz. Czy to oznacza, że w ogóle nie zbliżasz się do kuchni?

Jestem dobry w robieniu zakupów i zmywaniu garów po gotowaniu przez kogoś, kto się na tym zna i lubi to robić. Brzmi uczciwie?

Bardzo. W końcu najważniejszy jest podział obo­wiązków. Przejdźmy teraz do Twojej pracy. Stand-upy są coraz bardziej popularne w Polsce. Skąd ich fenomen?

Fenomenem jest bezpośredniość i energia człowieka, który najczęściej po prostu narzeka w zabawny sposób. Polacy kochają słuchać narzekania innych, dzięki temu nie muszą my­śleć o własnych problemach. Uważam, że jest to jedna z kluczo­wych rzeczy.

Życie dostarcza dobrego materiału do przygotowy­wania stand-upów. Ale zakładam, że często codzienne sytu­acje są ubarwiane, by rozśmieszyć publiczność. Jak to wygląda od kuchni?

Od kuchni wygląda to tak, że wszystko można opowiedzieć na miliard sposobów. Możesz powiedzieć, że poszedłeś do skle­pu po masło i wróciłeś do domu. I tyle. Albo można zauwa­żyć, że pani kasjerka miała wąsy większe niż kierownik sklepu. Albo że po drodze prawie rozjechało mnie auto przejeżdżające na czerwonym świetle. Wszystko tkwi w szczegółach, które na pierwszy rzut oka nie są w ogóle zabawne. Ale gdyby połączyć te rzeczy? Że kierowca auta być może tak się śpieszył, bo bał się, że kasjerka zdradza go z kierownikiem sklepu? Im więcej dostrzegasz głupkowatych mianowników w życiu, tym łatwiej jest znaleźć śmieszną hipotezę.

Gdzie jeszcze szukasz inspiracji?

Staram się wychodzić codziennie z domu. Mój mózg analizuje najzwyklejsze rzeczy w sposób, o którym nie wypada czasem nawet mówić na głos. Po prostu staram się nie izolować od ludzi. Życie pisze najlepsze żarty. Czy tego chcemy, czy nie.

Ile czasu potrzebujesz na napisanie programu? Bo to nie jest tak, że wychodzisz na scenę i sypiesz żartami jak z rękawa, prawda?

Program staram się pisać na podstawie rzeczy, które aktualnie mnie dotykają i czuję, że muszę je z siebie wyrzucić. Jeśli chodzi o sypanie żartami jak z rękawa, muszę mieć z kimś naprawdę dobre flow lub mieć wyjątkowy dzień. A co do materiału, to dojrzewa on cały rok. Zdarza się, że na początku mam wyjściowych tematów na godzinę, a z biegiem czasu są one wy­pierane przez inne, dopisywane na bieżąco historie i rozkminy. I tak program po roku może zmienić się diametralnie.

Bardzo często zadajesz pytanie osobie z publiczności. Czy nie obawiasz się, że odpowie nie po Twojej myśli i nastąpi cisza, konsternacja? Czy może długoletnie doświadczenie sprawiło, że wybrniesz z każdej opresji?

Raczej się tego nie obawiam, bo każdą odpowiedź można obrócić w żart, nawet jeśli jest negująca do granic możliwości. Zabawnie można odbić się nawet od krępującej ciszy. Trzeba tylko chcieć i być odpowiednio skupionym na scenie.

Czy Adam van Bendler stresuje się, wychodząc na scenę?

Oczywiście. Gdybym wyszedł na scenę zbyt wyluzowany, to mogłoby oznaczać, że mi nie zależy, mógłbym też łatwo pomylić się w tekście. Stres działa na mnie raczej motywują­co. Zwłaszcza podczas sprawdzania nowego materiału, kiedy dokładnie jeszcze nie wiem, z czego i kiedy publika zaśmieje się najmocniej. Taki stresik to świetna sprawa.

Czy pamiętasz swój pierwszy występ, z którego by­łeś zadowolony w stu procentach?

Pamiętam. To było podczas drugiego występu w życiu, na open mic w Gdańsku przy Elżbietańskiej, u Kacpra i Abelarda. Opowiadałem wtedy o sposobach radzenia sobie na randce, kiedy boli brzuch itp. Dostałem wtedy pierwszy mocniejszy śmiech od ludzi i byłem przekonany, że to jest właśnie esen­cja komedii. Z perspektywy czasu dotarło do mnie, jak niewiele wtedy wiedziałem.

Zdarza się, że ludzie zaczepiają Cię Twoimi hasłami? Czy pamiętasz najzabawniejszą sytuację, jaka Cię spotkała w związku z tym?

Oczywiście. Wielokrotnie słyszałem jeszcze pod klubami „nie wejdziesz w czapce”. I faktycznie mnie nie wpuszczali. (śmiech)

Kiedy kolejne premiery stand-upów?

Kolejna premiera będzie, jak tylko zniosą obostrzenia. Mój nowy program „Placebo” jest poświęcony sposobom walki z depresją. Uważam, że ma potencjał.

Czy chcesz zostać najchętniej oglądanym stand-upe­rem w Polsce?

Bardziej zależy mi na byciu najchętniej oglądanym Adamem van Bendlerem. Mam swoją publikę i to na niej najbardziej mi zależy.

Adamie, przejdźmy teraz do Twojej największej miłości, jaką są zwierzęta. Dzięki determinacji i ciężkiej pra­cy Twoje marzenie się ziściło, założyłeś Fundację Psia Krew. Czy bezpośredni kontakt z bezdomnymi psami zmienił Twoje życie i Ciebie?

Kontakt z każdym zwierzakiem, bezdomnym czy nie, daje mi dużo radości. Energia cieszącego się na Twój widok psa, kota czy nawet chomika jest darem, którego nie doceniamy. Prosto­ta w zachowaniu i czyste intencje zwierzaków to coś, co ludzki świat utracił już dawno temu.

Twoja fundacja pomogła już wielu schroniskom, między innymi w Gdyni, Kościerzynie, Ostródzie, Wejherowie, Zielonej Górze czy Starogardzie Gdańskim. Wspierasz również inne fundacje, na przykład Znów Na Nogach w Białymstoku. Jak wybierasz instytucje, którym chcecie pomagać? Czy masz jakiś klucz?

Bazuję na własnym researchu, a kiedy mam wątpliwości, podpytuje znajomych z innych fundacji, a przede wszystkim inspektoratów regionalnych. Staram się sprawdzić miejsce w kilku źródłach. Dokonanie wyboru to jedna z najtrudniej­szych rzeczy, bo trzeba wybrać te najbardziej potrzebujące placówki. Głowa puchnie, ale trzeba wierzyć, że dokonało się sprawiedliwego wyboru.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że wydajcie pieniądze bardzo rozsądnie, dzięki temu możecie pomóc wie­lu potrzebującym zwierzętom. Która z inicjatyw wymagała największego wkładu finansowego?

Największym kosztem było skonfigurowanie i kupienie trzech kontenerów mających pełnić funkcję kociarni w Kościerzy­nie. Kupiliśmy nie tylko pomieszczenia, ale również materiały, z których budowane są aktualnie wybiegi dookoła kontene­rów. Całość, łącznie z transportem i montażem, kosztowała nas troszkę ponad 60 tysięcy złotych. Schronisko dało obietnicę, że wyrobią się z wybiegami z ciągu kilku tygodni.

Jesteś pomysłodawcą i organizatorem Chary­tatywnego Meczu o Psią Krew, czyli komicy vs raperzy, i Charytatywnej Gali Stand-up Comedy. Czy łatwo było namówić zawodników do wspólnej zabawy? Kto z nich najdłużej się zastanawiał nad przyjęciem zaproszenia? I kogo brakuje jeszcze w Twojej drużynie?

Podczas pierwszej imprezy było dość ciężko z ekipą raperów, ponieważ o ile wszystkich komików bardzo dobrze znam, o tyle z raperów znałem zaledwie chłopaków z Dwóch Sławów, których serdecznie pozdrawiam. W pierwszej kolejności ze skła­dem pomogli mi oni, Kuba Stemplowski oraz Sebastian Troni­na. Myślę, że jak na pierwszy raz zebrali fajną paczkę. W bramce raperów stanął Eldo, który robił, co mógł, i zaliczył kilka niesa­mowitych interwencji. Podczas kolejnej imprezy skład raperów dobierali już Malwina i Filip Jurkowscy, którzy również świet­nie się spisali. Dzięki ich pomocy byłem odciążony na tym polu i mogłem zająć się innymi sprawami organizacyjnym. W ogóle podczas drugiej edycji pomagało mi już znacznie więcej osób, dzięki czemu nie wykończyłem się nerwowo. Za przygotowa­nie obiektów i promocję odpowiadała firma Stage Production, koszulki zrobiła firma R-Gol, był też oczywiście nasz nieodłącz­ny, strategiczny sponsor Zoo Karina, który jest z nami od począt­ku. W naszej drużynie grają same świetne chłopaki, a być może podczas następnej edycji dojdą kolejne nowe twarze i goście specjalni. Nie mogę się doczekać!

W ostatnim meczu trzy razy nie trafiłeś do pustej bramki. Czy emocje wzięły górę?

W kolejnym meczu postaram się nie grać w ataku i myślę, że to rozwiąże wszystkie problemy. To nie emocje, a brak tlenu zadecydował, że nie wiedziałem, gdzie jest bramka, a gdzie trybuny. W późniejszej fazie jeszcze upadłem na nad­garstek i, prawdę powiedziawszy, powinienem był zejść wtedy z boiska i pójść prosto do medyka. To, że łzy szczęścia przeszkodziły mi w trafieniu do bramki, było oczywiście żartem.

Kto jest czarnym koniem w Waszej drużynie, a kto wśród raperów?

W naszej drużynie mieliśmy ponad 40 zawodników, ale sporo bramek strzelił Wojtek Kucharski. Aż trzy. Wojtek jest mana­gerem Piotrka Szulowskiego, ale na boisku spisał się znakomi­cie. Wyróżniłbym wszystkich, którzy zostawili serce na boisku. Wśród raperów najlepiej wypadli Paluch, Mata, Adi Nowak i Avi. To, co na boisku wyprawiał Yurkosky, również wprawiało w osłupienie. Znakomita technika i dryg do gry kombinacyjnej.

Zarówno gala, jak i mecz zbierają bardzo dużo pozy­tywnych opinii, publiczność jest zachwycona i z niecierpliwo­ścią czeka na kolejne wydarzenia. Jednak najważniejsza w tym wszystkim jest pomoc zwierzętom. Wielu psom i kotom żyje się lepiej dzięki Tobie i Twojej fundacji. A to najlepszy dowód, że Wasza praca ma sens. Na koniec powiedz, proszę, w jaki sposób można wspierać fundację i gdzie można znaleźć więcej informacji o Waszej działalności.

Pomagamy nie tylko psom i kotom, ale też innym zwierzętom, jak na przykład w Jelonkach, gdzie Ania zajmuje się również końmi, owcami, jeżami, szopami, łasicami, sarnami, lisami, ptakami i innymi ciekawymi obywatelami lasów. Wspierać fundację można poprzez profil FB Fundacja Psia Krew, a nasze filmy znajdziecie na moim kanale na YouTubie. Nasza strona in­ternetowa jest przebudowywana.

Adamie, trzymamy mocno kciuki za dalszy rozwój Fundacji Psia Krew i życzymy samych sukcesów na polskiej scenie komediowej.

Dziękuję i ja również życzę nam wszystkim dużo radochy i przede wszystkim szacunku i zrozumienia dla zwierzaków, z którymi żyjemy. Tak niewiele, a zarazem tak wiele. A komedia obroni się sama. (śmiech) Do zobaczenia!

Rozmawiała Edyta Winiarska

Czytaj więcej w letnim wydaniu Pets Style – czytaj więcej

Może Ci się spodobać

Zostaw komentarz